Światowa Organizacja zdrowia wydała nowe wytyczne dotyczące sztucznego rozrodu. Wzywa w nich kraje należące do organizacji do zapewnienia równego dostępu do procedury in vitro wszystkim swoim obywatelom. W tym osobom samotnym, parom jednopłciowym i pozostającym „w związkach zróżnicowanych płciowo”.
Wytyczne pokazują wyraźnie, że WHO traktuje dzieci jak towar, produkowany na zamówienie. Nie ma znaczenia, w jakie maluch trafi środowisko, czy będzie odpowiednio traktowany, czy będzie miał kontakt i z mamą, i z tatą. Nieważne, ile dzieci zginie w ramach produkcji na szkle. Liczy się tylko to, by każdy, nawet najbardziej zdemoralizowany dorosły miał „prawo” do dziecka.
Produkcja dzieci jako remedium na niepłodność
WHO zwraca uwagę, że problem niepłodności dotyka nawet 1 na 6 osób. Jednak organizacja jako rodzaj niepłodności traktuje też stan bycia tzw. singlem lub homoseksualistą. I uważa, że takie osoby nie powinny być „dyskryminowane” w dostępie do dzieci. Powinny móc wyprodukować sobie dziecko w ramach sztucznego zapłodnienia, gdyż takie są ich „prawa reprodukcyjne”. Zamiast skupić się na prawdziwym rozwiązywaniu problemu niepłodności – np. zachęcając ludzi do prowadzenia zdrowego stylu życia, informując o najlepszym wieku do zachodzenia w ciążę, proponując leczenie – organizacja mieniąca się strażnikiem światowego zdrowia namawia państwa do inwestowania w sztuczne zapłodnienie, które jest tak naprawdę masową selekcją i aborcją, pochłaniającą życie milionów istnień ludzkich.
Prawa dorosłych. A co z dziećmi?
Symptomatyczne jest to, że w swoich wytycznych WHO nie uwzględnia w ogóle praw dziecka i naturalnej biologii. Liczą się tylko zachcianki dorosłych, którym zamarzy się dziecko: tak jakby człowiek był towarem, który zgodnie z prawami rynku każdy powinien móc sobie kupić! A dziecko nie po to przychodzi na świat, by kogokolwiek zadowolić. To nie zabawka, którą można wziąć ze sklepowej półki. To człowiek, który powinien mieć normalne środowisko wychowania.
Światowa Organizacja zdrowia nie bierze też pod uwagę charakteru procedury in vitro. Przedstawia się ją jako pomoc w naturalnym zajściu w ciążę. A przecież tak naprawdę jest to sztuczne powoływanie do życia wielu dzieci, których zdecydowana większość umrze. Bo albo nie będą dość „dobre”, by umieścić je w macicy kobiety, albo nie przetrwają implantacji, albo zostaną zamrożone lub zutylizowane, czyli po prostu wyrzucone do śmieci. Część zarodków może też być przeznaczona na eksperymenty medyczne.
In vitro dla par homoseksualnych: podwójna krzywda dzieci
Dzieci oddane na wychowanie parom homoseksualnym są od początku swojego życia skrzywdzone, i to podwójnie. Odbiera się je od biologicznej matki lub ojca i nie mają normalnej rodziny. Bo jak nazwać rodziną dwie panie albo dwóch panów, którzy mienią się rodzicami? Maluch wychowywany w takim środowisku nie ma prawidłowego wzorca kobiecości i męskości. Zdarzają się też prawdziwe dramaty, gdy dziecko oddane homoseksualistom doświadcza molestowania – a ryzyko podobnej tragedii jest większe u homoseksualistów niż u hetereoseksualistów. Tego zagrożenia już w ogóle nie bierze pod uwagę Światowa Organizacja Zdrowia!
Dawno stało się jasne, że WHO ma niewiele wspólnego ze zdrowiem. Jest organizacją zlobbowaną przez biznes i promotorem patologii. Dziecko traktuje jak towar, który powinien być sprzedawany bez ograniczeń, a nie jak osobę. Według Światowej Organizacji Zdrowia to nie dziecko ma prawa, ale dorośli mają prawo do dziecka – jest to swoiste odwrócenie naturalnych wartości. Jeśli Polska chce zachować normalność, powinna jak najszybciej opuścić WHO, podobnie jak Stany Zjednoczone, które po decyzji Donalda Trumpa ze stycznia bieżącego roku są już w okresie wypowiedzenia członkostwa w organizacji.
Tekst: Anna Nowak




