Współpracownicy Gizeli Jagielskiej z Powiatowego Zespołu Szpitali w Oleśnicy zdradzili, że w trakcie późnych aborcji niektóre maleństwa umierały jeszcze przed wstrzyknięciem chlorku potasu. Wystarczyło, że w ich serduszka wbito igłę, która wywołała wylew krwi do worka osierdziowego.
Mechanizm wykrwawienia serca na śmierć nazywa się tamponadą. Tamponada doprowadziła w części przypadków do natychmiastowego zgonu dzieci (a szpital nie musiał już używać trucizny, by doprowadzić morderczą procedurę do końca). Jak zareagowali na to aborterzy? Zaciekawieniem i fascynacją!
Tamponada serca. Tańsza i szybsza śmierć
„Część dzieci, o czym było mówione też w Oleśnicy, umierała nie z powodu podania chlorku potasu, bo to też chwilę trwa, tylko w mechanizmie tamponady przekłutego serca, które krwawiło. Serce musi się skurczyć i rozkurczyć. Jeżeli worek, w którym jest serce, zaczyna się wypełniać krwią, to w pewnym momencie to serce się nie rozkurczy” – relacjonował jeden ze świadków.
Czyli dziecko umierało szybciej. I bez konieczności zużywania porcji trucizny.
Zaciekawienie zamiast współczucia
„Przebieg tego, że serce krwawi na tyle, że może dojść do tamponady, w Oleśnicy był odebrany jako coś bardzo ciekawego” – słyszymy w reportażu „Oleśnica. Śledztwo w sprawie zbrodni”. Śmierć malutkich dzieci najwyraźniej nie wzbudzała w aborterach żadnego współczucia. Tylko ciekawość i fascynację. Może myśleli, że wynaleźli kolejną metodę aborcji? Bez konieczności zamawiania trucizny, bez większego wysiłku?
Zawodowo zabijasz dzieci? Posłuchaj! Jest nowa, świetna metoda mordowania: wystarczy wbić w serce malucha igłę i poczekać, aż worek osierdziowy wypełni się krwią. Ciekawe, czy aborterzy, którzy widzą śmierć dziecka z powodu tamponady, mówią sobie pod nosem: ,,trudno, taka praca!”….
Tekst: red.




