Sąd Okręgowy w Radomiu orzekł, że kobieta, która po rozwodzie chciała urodzić dziecko poczęte wcześniej metodą in vitro i przebywające w zamrażarce, nie może zrobić transferu i donosić ciąży do porodu. A to ze względu na sprzeciw byłego męża – ojca tego dziecka. Maluch pozostanie więc zamrożony w ciekłym azocie. Sąd podjął taką decyzję powołując się na… „dobro dziecka”. Ponoć po urodzeniu miałoby nie mieć odpowiednich warunków z powodu rozpadu małżeństwa rodziców. Jednocześnie sąd nie okazał litości wobec dziecka, które przebywa od lat w ciekłym azocie.

Zamieszanie prawne, konflikt rodziców, całkowite pominięcie tragedii dziecka, które od lat czeka na rozmrożenie i możliwość normalnego rozwoju – to wszystko skutki produkcji dzieci poprzez sztuczny rozród. Para, która przychodzi do kliniki in vitro, nie usłyszy o tym, jak bardzo może skomplikować życie swoje i dzieci, które zamierza tam pozyskać. O ciemnej stronie biznesu IVF milczą też lewicowe media.
Czwórka dzieci z in vitro. Tylko jedno się urodziło
W klinice in vitro w Radomiu została wyprodukowana czwórka dzieci – dwoje z nich zostało uznane za „wadliwe”, trzecie – dziewczynka – urodziło się, a czwarte zostało zamrożone na przyszłość. Gdy rok po przyjściu na świat córeczki jej rodzice się rozwiedli, zawarto ugodę wskazującą, że decyzja o dalszym losie ostatniego, przechowywanego w ciekłym azocie maluszka należy do jego matki.
Jednak kiedy kobieta chciała umieszczenia ostatniego dziecka w jej macicy, były mąż zmienił decyzję. Matka zgłosiła wówczas sprawę do sądu. Choć początkowo wymiar sprawiedliwości przychylił się do jej prośby, ostatecznie zakazano przeprowadzenia implantacji, argumentując to „dobrem dziecka”. Ojciec z pewnością ma interes, aby nie dopuszczać do urodzenia kolejnego dziecka – na dziecko w ciekłym azocie nie musi płacić alimentów, nie ma też innych obowiązków i odpowiedzialności, która spadłaby na niego po porodzie. Nie musi się martwić o ustalenie kontaktów ani w jakikolwiek sposób uczestniczyć w wychowywaniu kolejnego dziecka.
Sąd: dziecku będzie „lepiej”, jeśli się nie urodzi
Produkty metody in vitro to ludzie i to nie ulega żadnej wątpliwości. Sąd uznał podmiotowość poczętego dziecka i – przynajmniej deklaratywnie – analizował jego dobro. Dobro dziecka. Nie zapłodnionej komórki jajowej, nie zlepka komórek. Choć wynik tej analizy jest oczywiście wątpliwy, bo ciężko zgodzić się z wnioskiem, że lepiej, by dziecko było dalej uwięzione w lodówce, niż żeby miało rozwiedzionych rodziców…
Matka może sobie teraz tęsknić za dzieckiem, do którego prawa pozbawił ją sąd. A sam maluch nadal pozostanie w stanie zawieszenia między życiem a śmiercią. Nie może liczyć na urodzenie przez biologiczną matkę, bo sąd uznał, że lepiej, by tkwił w ciekłym azocie, niż był wychowywany w rozbitej rodzinie. Oby został przynajmniej oddany do adopcji, a nie zutylizowany, czyli po prostu zabity!
Tekst: Anna Nowak




