W grudniu 2023 roku w klinice Coastal Fertility Specialists w Georgii doszło do zamiany zarodków. Wszczepiono je niewłaściwej kobiecie. Tak zaczęło się życie chłopca, który od pierwszej sekundy został odłączony od swojej biologicznej matki.
Krystena Murray go urodziła, karmiła i tuliła przez pięć miesięcy. Dla niego była jedyną znaną mamą – jej głos, zapach i dotyk były całym światem. Potem przyszły testy DNA, pozew sądowy i wyrok. Chłopca zabrano i oddano ludziom, których wcześniej nigdy nie widział.
Największa ofiara
On nie popełnił żadnego błędu. Nie wybrał kliniki, nie podpisał zgody na procedurę. Nie miał wpływu na to, kto go począł i kto go urodził. A jednak to on poniósł największą cenę.
Został dwukrotnie osierocony, zanim nauczył się chodzić. Najpierw utracił matkę, z którą łączyły go więzy biologiczne. Potem tę, z którą stworzył więź sercem.
Spór dorosłych o „produkt”
W całej tej historii nikt nie patrzył na dobro dziecka. Dorośli walczyli w sądzie o to, kto ma „prawo” do efektu procedury in vitro. Mówili o „rodzicielstwie” i „swoim dziecku”, ale w tle chodziło o posiadanie produktu z laboratorium.
Chłopiec – żywy człowiek, z własną tożsamością i emocjami – został sprowadzony do pozycji „wyniku zamówienia”, który trzeba dostarczyć pod właściwy adres.
Prawdziwe oblicze IVF
Reklamy IVF pokazują szczęśliwe rodziny i zdrowe niemowlęta. Nie zobaczysz tam dziecka, które przeszło dwie utraty, zanim poznało swoje pierwsze słowo. Nie zobaczysz w nich twarzy tego chłopca, dla którego dorosły świat okazał się zimny i bezlitosny.
Bo prawda jest taka: w systemie IVF najważniejszy jest klient. A dziecko? Dziecko ma się dostosować do wyniku procedury – nawet jeśli w jej wyniku traci wszystko.
Tekst: Grzegorz Gielert




