Nieudana aborcja farmakologiczna: skutki

Nieudana aborcja tabletkami. Śmierć dziecka, a potem matki

Aborcja farmakologiczna, choć przedstawiana przez środowiska feministyczne jako bezpieczny i mało inwazyjny „zabieg”, w rzeczywistości grozi wieloma powikłaniami. Badania wskazują, że zażycie mifepristonu jest nawet 22 razy bardziej niebezpieczne, niż deklarują jego producenci. To jednak nie wszystko: zdarza się, że dziecko umiera, ale nie dochodzi do wydalenia jego ciała z macicy matki.

Oficjalnie pigułki aborcyjne są skuteczne – czyli prowadzą do śmierci nienarodzonego dziecka i jego usunięcia z ciała matki –  w 95-99% przypadków. Co z pozostałymi sytuacjami? Kobieta, która zabije swoje dziecko, ale nie poroni, jest narażona na poważne problemy zdrowotne, a nawet śmierć. 

Połowiczna aborcja, ryzyko sepsy

Na facebookowej grupie Legalna aborcja jedna z internautek poprosiła niedawno o poradę w następującej sprawie: wzięła tabletki aborcyjne, ale mimo przyjęcia dwóch preparatów według instrukcji nie doszło do poronienia. Podczas wizyty u ginekologa kobieta dowiedziała się, że „ciąża obumarła”, ale dziecko nadal jest w jej macicy. Lekarz zalecił pilną wizytę w szpitalu.

Pozostawanie przez dłuższy czas z martwym dzieckiem w macicy groziło kobiecie śmiertelną sepsą. Mimo to matka, która nielegalnie, na własną rękę postanowiła zabić swojego nienarodzonego malucha, obawiała się iść do szpitala. Zapewne wiedziała, że może czekać ją rozmowa z prokuratorem, który będzie chciał dowiedzieć się, skąd pozyskała substancje do nielegalnej aborcji.

Aborcja: śmierć co najmniej jednej osoby. Czasem dwóch

Matka, która napisała na forum aborcyjnym, ryzykowała śmiercią i z pewnością przeżywała ogromny stres. Wszystko z powodu procedury, która reklamowana jest przez feministki jako zupełnie bezpieczna i łatwa do przeprowadzenia w domu. Ma być miło, szybko i bezproblemowo, a jest ból, stres, niepewność, zagrożenie – a potem z dużym prawdopodobieństwem jeszcze wielki żal i wyrzuty sumienia. O ile w ogóle przeżyje się tę procedurę. Bo zamiast dać życie, się je odebrało!

Pisaliśmy już o wielu sytuacjach, gdy razem z abortowanym dzieckiem umarła jego matka. W 2016 roku Amerykanka Cree Erwin zmarła 6 dni po aborcji w klinice Planned Parenhood. Po zabiciu dziecka metodą chirurgiczną w tej samej klinice zmarła też cztery lata wcześniej Tonya Reaves. W obydwu przypadkach doszło do tragicznej w skutkach perforacji, czyli przebicia macicy. W 2021 roku argentyńska aktywistka aborcyjna, Maria del Valle González López, zmarła na sepsę 4 dni po aborcji farmakologicznej, przeprowadzonej w dodatku w majestacie prawa przez szpital. W tym samym roku Brytyjka Sarah Louise Dunn trafiła do szpitala dwa tygodnie po nieudanej aborcji tabletkami: części ciała zabitego dziecka pozostały w jej macicy, prowadząc do zakażenia bakteryjnego i niewydolności wielonarządowej.

Wymienione przypadki nie są odosobnione. Ryzykowna jest przede wszystkim aborcja tabletkami przeprowadzana na późnych etapach ciąży samodzielnie w domu. Mimo to organizacje aborcyjne nie przestają zachęcać do niej kobiety: nawet w drugim i trzecim trymestrze ciąży. Czas powiedzieć wprost, że mają one krew na rękach: nie tylko dzieci, ale i ich matek!

Tekst: Anna Nowak


Sprawdź podobne wpisy

RatujŻycie.pl

Wykorzystujemy ciasteczka do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie.

Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Partnerzy mogą połączyć te informacje z innymi danymi otrzymanymi od Ciebie lub uzyskanymi podczas korzystania z ich usług.

Informacja o tym, w jaki sposób Google przetwarza dane, znajdują się tutaj.