Wywiad z Małgorzatą o protestach pod Abotakiem: zdjęcie z protestu

„Im bardziej próbują nas uciszyć, tym bardziej wiemy, że musimy tam być”– Małgorzata o protestach pod Abotakiem

Od półtora roku regularnie stają pod Abotakiem. Są głośni i konsekwentni, bo nie zamierzają pozwolić, by aborcja była przedstawiana jako zwykła usługa, a jej ofiary pozostały bezimienne. O tym, dlaczego protestujący wracają pod warszawski Abotak oraz jak reaguje na nich druga strona i dlaczego nie zamierzają odpuszczać, rozmawiamy z Małgorzatą – koordynatorką Fundacji Życie i Rodzina i jedną z organizatorek regularnych protestów.

– Zanim przejdziemy do pytań o standardowe akcje, czy mogłabyś opowiedzieć o rozbiciu waszego zgromadzenia przez warszawskich urzędników 1 września?

– Jak każdego tygodnia stanęliśmy pod pseudoprzychodnią aborcyjną, rozstawiliśmy banery i nagłośnienie. Nasz protest – jak zawsze – był poprawnie zgłoszony. Nie złamaliśmy prawa, a mimo to na miejsce przyjechali warszawscy urzędnicy, którzy razem z policją rozbili naszą pikietę. Odebrali nam również sprzęt, którego używamy na protestach, wart około 8 tysięcy złotych. Nie zniechęca nas to jednak do dalszych, regularnych protestów w tym miejscu, więc musimy szybko zebrać pieniądze i kupić nowy sprzęt.

– Jak zachowywali się policjanci i czy podali jakąś prawidłową podstawę prawną dla swoich działań?

– Nie wiem do teraz, co było właściwym powodem rozbicia pikiety. Mogę tylko powiedzieć, że natychmiast jeden z wolontariuszy zgłosił w tym miejscu zgromadzenie spontaniczne. Urzędnik z miasta próbował na to zgromadzenie nie pozwolić, ale został pouczony, że nie ma tu nic do gadania. Natomiast policja zaczęła zachowywać się agresywnie, weszła sobie jak gdyby nigdy nic w pikietę i zaczęła wybierać, który sprzęt zabiera. Oczywiście wzięli nagłośnienie – to, co najbardziej wartościowe i najtrudniejsze do odkupienia. Zapakowali to do samochodów i odjechali.

– A od czego się zaczęło? Dlaczego zaczęłaś organizować protesty pod Abotakiem?

– Kiedy Abotak pojawił się w Warszawie, nie mogliśmy udawać, że nic się nie dzieje. To miejsce pomaga w organizowaniu aborcji, więc musimy odważnie tam stawać i mówić jasno, że nie zgadzamy się na zabijanie dzieci. Życie każdego człowieka ma wartość, więc musimy być gotowi stanąć w jego obronie.

– Od jak dawna protestujecie w tym miejscu?

– Od półtora roku. Jeżeli chcemy być skuteczni, musimy być wytrwali. To nie może być akcja raz na jakiś czas, po której wszyscy wracają do swoich domów i temat znika.

Nasza obecność ma być dla nich problemem, którego nie da się ignorować. Jeżeli liczą na to, że się znudzimy, to bardzo się pomylili.

– Ostatnia pikieta zakończyła się starciem z przedstawicielami ratusza. Czy na co dzień pikiety są spokojniejsze? Jak wygląda taki protest od środka? Z czym mierzycie się na miejscu?

– To są intensywne pikiety, podczas których jesteśmy głośni i widoczni. Mamy transparenty ze zdjęciami ofiar aborcji, używamy też megafonów, modlimy się, puszczamy płacz dziecka, aby dotarł do uszu sprawców aborcji, z głośników przedstawiamy też informacje, co dzieje się w Abotaku. Nie stoimy gdzieś z boku i nie udajemy, że nas nie ma. Chcemy, żeby każdy, kto pojawia się pod Abotakiem, wiedział, że jest społeczny sprzeciw dla mordowania niewinnych. Bywa nieco nerwowo, pojawiają się osoby, którym przeszkadza nasza obecność. Często wykrzykują, żebyśmy nie zmuszali kobiet do rodzenia lub podobne bzdury. Tak jakby ich krzyk miał nas przekonać do zmiany poglądów na proaborcyjne. I właśnie dlatego – ze względu na te ataki – trzeba być odważnym, nie dać się przepchnąć, nie dać się odsunąć na margines. Bo to obrońcy życia mają rację.

– Były momenty, kiedy pomyślałaś żeby odpuścić? Co sprawiało, że mimo wszystko wracaliście?

Zmęczenie oczywiście się pojawia, szczególnie zimą, ale nigdy nie pomyślałam, że dlatego mamy przestać. Dopóki mordowani są tu ludzie, to nie możemy odwrócić wzroku tylko dlatego, że czasem jest trudno. Właśnie wtedy trzeba zacisnąć zęby i przyjść kolejny raz, do skutku. Nie jesteśmy grupą, która przyjdzie raz i zniknie. Im dłużej jesteśmy, tym bardziej nerwowe są reakcje aborterek na naszą obecność. A im bardziej próbują nas uciszyć, tym bardziej wiemy, że musimy tam być. Nie możemy po prostu odejść i żyć sobie zwyczajnie wiedząc, że te dzieci umierają. Śmierć tych dzieci jest prawdziwa, one nigdy nie wtulą się w mamę. Najprawdopodobniej znajdą się w rurze ściekowej albo będą nawozem dla kwiatków, tak jak radzi ADT.

– Przeciwnicy protestów mówią, że Wasza obecność niczego nie zmieni. Co im odpowiadasz?

Żeby popatrzyli na to, jak bardzo mordercy próbują nas wygonić z tego miejsca i uciszyć prawdę o aborcji. Gdybyśmy naprawdę niczego nie zmieniali, mogliby wzruszyć ramionami i nas ignorować. Tymczasem reagują, zasłaniają szyby, szybciej kończą swój morderczy „biznes” gdy jesteśmy pod ich oknami. Wracamy w to miejsce regularnie, kilka razy w tygodniu. Każdy protest to kolejni ludzie, którzy widzą prawdę o aborcji, to też kolejny sygnał dla morderców, że zawsze będziemy wszędzie tam, gdzie zabija się niewinnych ludzi.

– Masz poczucie, że wykonujecie pracę, której w tej sprawie nie wykonują instytucje państwa?

– Państwo powinno przede wszystkim chronić życie. Tymczasem bardzo często to zwykli ludzie muszą wychodzić na ulicę i upominać się o to, żeby życie nienarodzonych dzieci w ogóle było traktowane poważnie. Skoro państwo nie stoi tam, gdzie powinno stać, to my będziemy. Bez reakcji organów władzy mordowanie ludzi bywa przedstawiane jako zwykła usługa – można wejść, załatwić, wyjść, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło. Prokuratura w tej sprawie pozoruje działania albo wprost odpowiada zawsze, że nie ma podstaw do wszczynania postępowań. Więc jesteśmy tu my.

– Jak długo zamierzacie protestować? Czy jest moment, w którym powiesz, że osiągnęliście cel?

– Będziemy działać tak długo, jak długo będzie potrzeba. To nie jest kwestia naszego hobby ani sposób na spędzanie wolnego czasu, tylko prawdziwa walka o życie dzieci. Dlatego aborcjoniści nie mogą liczyć na nasze zmęczenie. Oczywiście mogą próbować się nas pozbyć, denerwować się, mogą też próbować udawać, że nas nie ma. Tylko że my będziemy wracać. Komfort morderców nie jest ważniejszy niż życie ich ofiar.

– Co powiedziałabyś osobom, które chciałyby dołączyć do Waszych protestów, ale boją się zrobić pierwszy krok?

– Żeby przestały czekać. Naprawdę. Strach jest normalny, ale samo powiedzenie „jestem przeciwko aborcji” bez żadnej więcej reakcji to ciche przyzwolenie na śmierć niewinnych dzieci. Najgorsze, co możemy zrobić w obliczu zła, to przekonać samych siebie, że nic nie możemy. Możemy. Tylko trzeba wyjść z domu. Najlepiej zacząć od przyjścia na Publiczny Różaniec pod Abotakiem na Wiejskiej, przed wejściem do Kancelarii Prezydenta – w I i III sobotę miesiąca o 12:00.

Rozmawiała: Zuzanna Wiewiórka


Sprawdź podobne wpisy

RatujŻycie.pl

Wykorzystujemy ciasteczka do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie.

Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Partnerzy mogą połączyć te informacje z innymi danymi otrzymanymi od Ciebie lub uzyskanymi podczas korzystania z ich usług.

Informacja o tym, w jaki sposób Google przetwarza dane, znajdują się tutaj.