Poseł Witold Tumanowicz (Ruch Narodowy, Konfederacja) interweniował ws. dziecka, które przeżyło własną aborcję i zmarło poza organizmem matki. Towarzyszyli mu szef RN Lublin Rafał Mekler oraz Krzysztof Kasprzak i Kaja Godek, przedstawiciele Fundacji Życie i Rodzina, która ujawniła sprawę po wymianie pism ze szpitalem na drodze dostępu do informacji publicznej.
Co stało się z dzieckiem po aborcji?
Nadal nie jest znany wiek dziecka ani czas, przez jaki żyło, ani też szczegóły postępowania, jakiemu było poddane w szpitalu. Pytania się mnożą, tymczasem dyrektor placówki Piotr Matej obawia się ujawnić przed opinią publiczną, jak postępowano z małym pacjentem. Szczególnie boi się obrońców życia i pytań o konkrety dotyczące aborcji w podległej mu placówce.
Dziecko urodzone żywo w Lublinie najprawdopodobniej było ofiarą aborcji psychiatrycznej. Szpitale tłumaczą, że takie aborcje robi się, by ratować życie matki. Jednak tłumaczenie to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Zabicie dziecka nie leczy matki – nigdy i z żadnej przypadłości. Szczególnie na tak zaawansowanym etapie ciąży, gdy dziecko jest na tyle duże, by przeżyć.
Dziecko zmarło już poza organizmem matki.
Dyrekcja szpitala przy Alei Kraśnickiej broni zaistniałej sytuacji.
Pytania do dyrekcji szpitala
W trakcie interwencji poselskiej zarząd szpitala otrzymał serię pytań o urodzone żywo dziecko. Oto niektóre z nich:
Jakie oznaki życia dawało dziecko? Czy oddychało samodzielnie, jaką miało czynność serca, czy pulsowała pępowina, czy zaobserwowano ruchy lub wydawanie jakichkolwiek dźwięków? Jak długo żyło i co jest oficjalnie podane jako bezpośrednia przyczyna zgonu? Jak konkretnie próbowano je reanimować – jakimi metodami i jakie zastosowano procedury? Tym bardziej, że szpital przyznał, że reanimację wykonuje tylko „jeśli rodzice wyrażają wolę ratowania za wszelką cenę” – czy zatem jeśli matka chce zgonu dziecka i prosi o ratowanie, ale nie za wszelką cenę, to odstępuje się od reanimacji? Na jakiej podstawie prawnej? Kto konkretnie odpowiada za powstanie tak kuriozalnej procedury? Kto ośmielił się napisać, że ratuje się dziecko tylko wtedy, gdy rodzice „usilnie” proszą?
Czy urodzenie było odnotowane w rejestrze porodów? Powinna być przecież wystawiona karta noworodka, dokumentacja neonatologiczna, resuscytacyjna, a może paliatywna, a na pewno karta zgonu. Czy na akcie urodzenia/zgonu dziecka jest odnotowany fakt poddania go aborcji?
Dlaczego dzieci przeżywają własną aborcję?
Dzieci mogą przeżyć własną aborcję i wbrew pozorom dzieje się to dość często. Już w II trymestrze ciąży dziecko jest na tyle duże, że może przeżyć wymuszone poronienie lub poród i przez chwilę po wydostaniu się na zewnątrz daje oznaki życia. Sytuacje takie zdarzają się nagminnie, ale nie o każdej wiadomo, bo szpitale nagminnie fałszują dokumentację, wpisując w nią „dziecko urodzone martwo”.
Znane są przypadki, gdy ze względu na jakąś szczególną okoliczność prawda o urodzeniu żywym wychodzi na światło dzienne. Tak było we Wrocławiu w 2014 roku. 24-tygodniowa dziewczynka z zespołem Downa urodziła się tam na oczach świadków spoza sali porodowej. Następnie została przewieziona na oddział neonatologii, gdzie umierała miesiąc. Podobny przypadek to sierpień tego samego roku w Opolu – dziecko z zespołem Downa urodziło się żywe, trafiło na OIOM noworodkowy i umierało kilka godzin. Podobne sytuacje opisywali świadkowie aborcji w filmie „Miało nie żyć” oraz podwładne Gizeli Jagielskiej w filmie „Oleśnica. Śledztwo w sprawie zbrodni”.
Urodzenie żywe w Lublinie także skończyło się przetransportowaniem dziecka na oddział neonatologii.
Prawda o tym, jak potraktowano małego pacjenta – najpierw poddanego procedurze zabijania, a następnie próbie reanimacji – należy się opinii publicznej!
Fundacja Życie i Rodzina monitoruje praktykę aborcyjną w Polsce. Patrzymy na ręce zarządom i pracownikom szpitali, wyciągamy na światło dzienne prawdę o zabijaniu nienarodzonych. Jesteśmy głosem dzieci, którym ten głos odebrano.
Tekst: red.




